Jak płotki stały się moim sposobem na asfalt

Mówią, że kierowcy zawodowi mają swój świat. I to prawda. Spędzasz godziny za kółkiem, słuchasz tego samego radia, pijesz tę samą kawę z termose. Po latach robisz to wszystko automatycznie. Zakręt w lewo. Wzniesienie. Stacja benzynowa. Las. I znowu zakręt w lewo. Człowiek wtedy tak naprawdę nie myśli o drodze. Myśli o domu, o zaległych rachunkach, o tym, czy żona nie zapomniała odebrać dziecka z treningu. Głowa pracuje na zapasie, ale serce zostaje gdzieś na poboczu.

Ja, Marek, czterdzieści dwa lata, wożę towary do sklepów na trasie z Poznania do Szczecina. Praca jak każda inna. Ale jest jeden szczegół – te trasy potrafią zjeść człowieka od środka. Nuda. Zwykła, szara nuda potrafi być gorsza niż awaria chłodnicy w środku zimy. Szukałem czegoś, co pozwoli mi zająć myśli, co da mi trochę frajdy, a nie tylko kolejne kilometry do wyrobienia. I tak gdzieś między wyładunkiem a kolejnym tankowaniem trafiłem na vavada online. Nie pytajcie, jak to się stało. Ktoś kiedyś rzucił hasło w rozmowie na parkingu, że tam można zagrać, że są fajne promki. Innym razem zobaczyłem baner. W każdym razie – zaczęło się.

Początkowo traktowałem to z przymrużeniem oka. Wiecie, taki standardowy układ – telefon w przerwie, szybki rzut oka, kilka złotych w grze. Nie liczyłem na cuda. Chciałem tylko odskoczni od monotonii drogi, od myśli o tym, że za pasem urlop, a kierownik cały czas gada o nadgodzinach. Ale z czasem odkryłem coś, czego się nie spodziewałem. Te krótkie sesje w vavada online dały mi poczucie czegoś, co przypominało kontrolę. Nie nad grą, bo przecież los to los. Kontrolę nad moim własnym czasem. Mogłem włączyć automat na dziesięć minut, potem wyłączyć telefon i wrócić do rzeczywistości. Mogłem zrobić to tylko wtedy, kiedy chciałem, a nie kiedy zaczynałem się nudzić w kabinie.

Pamiętam ten wieczór, który zmienił moje podejście. Standardowy postój w Wałczu. Padał deszcz, a ja czekałem na rozładunek do rana. Zamiast łazić po barze i wdychać smród piwa, siedziałem w szoferce. Pociągnąłem łyk kawy, wygodnie oparłem się o zagłówek i odpaliłem aplikację. Tamtego dnia nie myślałem o wygranej. Myślałem o córce, która miała urodziny za tydzień. O tym, że chciałbym kupić jej jakiś porządny prezent, ale zawsze coś wypływa. Najpierw nowy akumulator do ciężarówki, potem naprawa hamulców w osobówce, a na końcu wiecznie pusta kieszeń. Grałem tak sobie, bez większego zaangażowania. Aż nagle trafiłem sekwencję. Kwota nie była jakaś oszałamiająca – jakieś tysiąc dwieście złotych. Dla jednych to nic. Dla mnie wtedy – cała wyprawa na urodziny, cały spokój w głowie, cała satysfakcja.

Ale wiecie, co było w tym naprawdę najlepsze? Nie same pieniądze. To uczucie, że mogę coś zrobić dla siebie, a nie tylko dla firmy transportowej, że życie nie składa się wyłącznie z przebiegu, paliwa i terminów. W tamtej chwili miałem wrażenie, że wygrywam z tą całą codzienną rutyną. Bo nie ważne, czy w grze padnie wielka kasa, czy tylko drobniaki. Ważne, że przez ten wieczór nie myślałem o tym, jak bardzo bolą mnie plecy od siadzenia za kółkiem. I może to dziwnie zabrzmi, ale dzięki tym małym przyjemnościom zacząłem inaczej patrzeć na swoją pracę.

Przestałem traktować grę jak hazard, tylko jak taki mój tajny rytuał – choć nie, nie lubię tego słowa. Powiedzmy raczej, że to moja pasja na przekór nudzie. Odkąd znalazłem balans i potrafię zakończyć sesję, zanim emocje wezmą górę, czuję, że jestem bardziej obecny w domu. Śmieszne, co? Trasa, kilometry, godziny spędzone w samotności, a człowiek dopiero po jakimś czasie widzi, co jest naprawdę ważne. Nie chodzi o to, by gonić wygraną. Chodzi o to, by zachować przyjemność z drobnych rzeczy. Z chwili, kiedy nikt niczego od ciebie nie chce. Z tego, że siedzisz wygodnie, a deszcz bębni o szybę, a ty masz spokój.

Dziś, po roku takiej zabawy, mogę śmiało powiedzieć, że moje życie zawodowe wygląda inaczej. Kończę swoją trasę, wracam do domu, przytulam żonę i dziecko i nie myślę godzinami o trasie, bo wiem, że wieczorem znajdę chwilę na swoją małą rozrywkę. Na vavada online. Nie jestem milionerem. Wciąż jeżdżę tą samą ciężarówką, wciąż zbieram faktury, wciąż walczę z terminami. Ale teraz mam świadomość, że od czasu do czasu mogę coś od życia dostać, a nie tylko ciągle dawać. I to jest chyba najważniejsza lekcja, jaką wyciągnąłem z tego doświadczenia.

Życie to nie tylko trasa. To także postoje. A jeśli podczas postoju potrafisz złapać oddech i uśmiechnąć się, choćby przez taki zwykły, wirtualny spin – to znaczy, że jeszcze nie zapomniałeś, jak smakuje wolność. Ja dopiero uczę się tej prawdy, kilometr po kilometrze. I przyznam, że wreszcie czuję, że prowadzę własne życie, a nie tylko kierownicę.

Sign In or Register to comment.